Dead year walking

I co, jak było? Jak to oceniasz? Pytanie początkowo odbij się całkowitą pustką, więc zamykam uchylone usta i opuszczam wzrok z powrotem na stolik. Spoglądam w dół szklanki, gdzie świeci się już okrągłe dno. Wydymam usta w geście mordowania niezręcznej ciszy, odchrząkuję delikatnie, w końcu pocieram żuchwę dłonią. Robi się coraz bardziej niezręcznie.

A ty? – pyta nagle i z zaskoczenia. Jak byś się czuł, gdybyś znał dokładną datę?

Nie mam pojęcia, naprawdę – odpowiadam naprędce. Zastanawiałem się nad tym, jasne. Pojawiały się jakieś scenariusze… – chwila zawahania – No, zarysy scenariuszy. Ale nic konkretnego. Pewnie wyglądałby to wszystko zupełnie inaczej; tak przypuszczam. Zmiana perspektywy czasem zmienia wszystko. Nie wiem – wzruszam ramionami – Nic.

No właśnie. Plączesz się. Bo co można mądrego powiedzieć?

Słuchaj, kurwa, nie zawsze trzeba gadać mądrze. Czasem warto porozmawiać tylko dlatego, żeby odciążyć procesory. Nie każde zdanie musi być przełomowe, a odpowiedź ciętą ripostą. Można rozmawiać, wymieniając uwagi, bez tego balastu zmuszającego do osiągnięcia jakichś wymiernych wyników w postaci tabliczki z napisem „To było naprawdę mądre”.

I znowu ględzisz.

Taka moja natura – wlewam resztkę ze szklanki w gardło i przełykam głośno; chyba bardzo głośno. Rozglądam się wkoło, tam jednak nie ma nic, zwykła czerń ze wszystkich stron, ten cholerny stolik nad nogami, drewniane krzesła i szklanki. Uwielbiam te sytuacje, tam do sracza. To co – zagaduję raz jeszcze – jak oceniasz to wszystko?

Marszczy gębę. Przez sekundę myślę, że znowu w odpowiedzi otrzymam ciszę, ale tym razem oprócz marszczenia, gęba się otwiera: Nie mnie oceniać, chyba. Średnio to wszystko zależne ode mnie, w ogóle. Jasne, mogę powiedzieć, że się starałem, ale ciężko pociągać za sznurki, kiedy masz obcięte ręce. Trochę się działo, a trochę nie. Jak ta przeglądałem jakiś czas temu historyczne zapisy, to było przede mną sporo większych gagatków, co do których nawet porównywać się nie mam prawa. Myślę, że nie było aż tak źle. Sporo jakiejś nieracjonalnej dla mnie paniki, to jest, kurwa, niepojęte, ale generalnie, cóż – wzdycha krótko – wszystko to trzymało się kupy. Momentami było gorąco, ale to tylko momentami.

Mówi coś dalej, ale nie za bardzo go już słucham. Targają mną mieszane uczucia. Jestem trochę zawiedziony, spodziewałem się konkretów, a tu karmi mnie tą samą, bezbarwną papką co gładkouści politycy w TV. Po godzinie słuchania tego szajsu nagle uświadamiasz sobie, że w sumie nic nie słyszałeś. Równie dobrze mógłby do ciebie szczekać pies –przekaz informacji byłby na podobnym poziomie.

A jednak jakoś mi go żal. To faktycznie smutna perspektywa mieć świadomość daty własnego kipnięcia. Jak kaganiec eutanazji nałożony na mordę, zanim zaczniesz szczekać. Poza tym to egoistyczne podejście… Każdy sobie.

I nagle ciszę rozdziera nad wyraz głośne pukanie. Ktoś chyba bardzo chce wejść.

Obaj słyszymy to pukanie, nie da się go zignorować, i domyślam się, co on myśli.

Wiem, wiem – mówi w końcu, a jego głos jest wyjątkowo spokojny. – To on. Musiał w końcu przyjść. Niech to.

Wstaje niezgrabnie od stołu, dopija jeszcz resztkę ze szklanki. Ja wstaję razem z nim i nie za bardzo wiedząc, co robić, stoję tak jak idiota i patrzę to tu, to tam. On podchodzi do mnie i zaczyna mocno ściskać. Czuję, że nie będzie łez, chusteczki niepotrzebne. Jest raczej… dziwnie. Smutno.

W końcu skrzypią gdzieś z boku drewniane drzwi, słychać stukot obuwia z twardą podeszwą i w końcu, po dłuższej chwili, na scenę wkracza on – dumny, wyprostowany, uśmiechnięty od ucha do ucha. Zaczyna machać rękoma w geście pozdrowienia, rozsyła w powietrze dziesiątki całusów. Zapalają się dwa potężne reflektory i zaczynają omiatać publiczność snopami jaskrawego światła. Ludzie wstają i klaszczą, wiwatują, wybuchają pojedyncze okrzyki i pohukiwania. Widzę ukradkiem, jak 08 wodzi wzrokiem po tym wszystkim i wzdycha ciężko, podczas gdy 09 łapczywie wykorzystuje każdą sekundę splendoru. Klepię starego parę razy i szepczę mu na ucho. Uśmiecha się niepewnie, puszcza mi spojrzenie pt. „pies do uśpienia”, rzuca coś pod nosem i schodzi.

Tymczasem brawa nie ustają, pojedynczy ludzie wstają z miejsc i jeszcze intensywniej uderzają dłońmi o siebie. Rozglądam się po twarzach, na które akurat trafia światło reflektora. Widać w nich zachwyt, pasję, ogromne nadzieje i oczekiwania. Patrzę na 09 – całego na biało, wciąż szczerzącego się, nieomal podskakującego. Macha i macha, jak gdyby był nakręconym zawczasu królikiem na baterie duracell. Przez głowę przechodzą mi różnorakie myśli, zagryzam wargę i uśmiecham się, jak mogę najszerzej, żeby nie psuć nastroju. Ludzie bardzo nie lubią tych, którzy psują nastrój. I nie tańczą.

09 zaczyna odstawiać jakieś dziwne akrobacje będące, na moje oko, wypadkową walca i egzekucji prądem o wysokim napięciu. Widownia cały czas w ekstazie. Ile to może trwać? To jakiś absurd!

W końcu ludzie uspokajają się nieco i zajmują na powrót swoje miejsca. Reflektory skaczą nieco mniej panicznie. 09 zbliża się do mnie scenicznym krokiem, wciąż posyłając w stronę widowni dzikie uśmiechy. Kiedy już jest o dwa kroki ode mnie, zasłania przypięty do poły marynarki mikrofon i pyta: Co powiedziałeś?

Co? – odpowiadam pytaniem na pytanie, bo początkowo nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Co powiedziałeś na ucho staremu, jak schodził? – precyzuje.

„Jebać to” – odpowiadam, zgodnie z prawdą.

No tak – komentuje ze sztuczną serdecznością, poklepując mnie po plecach ku uciesze publiczności – Czegóż mógłbym się po tobie spodziewać? – i puszcza mi „to” spojrzenie. Po czym wraca w podskokach na środek sceny, widownia szaleje ponownie.

Dobrze, że nie słyszałeś odpowiedzi – myślę sobie. Odwracam się i kieruję kroki za scenę, gdzie dostrzegam dwóch facetów w białych kitlach chwytających starego pod pachy.

Jedna odpowiedź do “Dead year walking”

  1. online pisze:

    czego szukalem, dzieki

Dodaj odpowiedź