Christopher Walken to jeden z tych aktorów, który aż się prosi o jedną z tych legendarnych ról. Dobrzy aktorzy, kiedy już wiadomo o nich, że są dobrzy, mają raczej święty spokój, ale zazwyczaj jest tak, że w swej karierze decydują się na jedną rolę, która okazuje się tą przełomową. Chris, pomimo bogatego dorobku i wielu świetnych ról, nie doczekał się bodaj takiej chwili. Tym więcej go bodaj lubię. Zagrał w Łowcy jeleni, Pulp fiction, Jeźdźcu bez głowy, a nawet Gigli, a mimo to brakuje w jego dorobku Ostatecznego Ciosu. Ponieważ jednak Krzyś jeszcze żyje i ma się dobrze, jest szansa, że doczekamy się takiej niezapomnianej roli. Naturalnie, równie dobrze może się zdarzyć, że prędzej umrze, telewizja wrzuci szybkie przypomnienie jego wybitnych wcieleń, a potem wszyscy wrócą do obierania ziemniaków, ale jest to wizja tak straszliwa, że niemożliwa. Tymczasem…
10 powodów, dla których należy cenić Walkena:
1. Wystąpił w grze komputerowej (!) „Ripper”. I nie mam tu na myśli wystąpienia po kątem dubbingu, tylko najprawdziwszego aktorstwa. Żeby tego było mało, gra była naprawdę dobra; robiła niezwykłe wrażenie. Dobra była.
2. Zagrał był w trylogii „Armia Boga”, znanej jako „Prophecy” czyli „Przepowiednia”. Kto widział, ten wie, że nie wymaga to komentarza.
3. W trakcie niewoli wietnamskiej przetrzymywał we własnym odbycie zegarek młodego Bruce’a Willisa.
4. Zawsze chcą, żeby grał złego, a on się brzydzi bronią.
5. Ma fobię na punkcie zbyt szybkiego jeżdżenia autem.
6. Wystąpił w teledysku „Weapon of choice” Fatboy Slima i choć Fatboy Slim wypuścił wyłącznie rewelacyjne teledyski, to tylko w jednym zagrał Chris Walken.
7. Uwielbia horrory z zombiakami.
8. Zagrał w Bondzie. Złego.
9. Uwielbia tańczyć. Jeśli tylko jest to możliwe, stara się do każdego filmu w którym występuje włączyć choćby króciuteńką scenkę z tańcem. Albo tańczy między ujęciami.
10. Zagrał w grze komputerowej „Privateer 2: the Darkening” (!!). Nie tańczył.